Pan Bóg rzeczy dobre często osiąga poprzez ludzką marność. Tak samo było z moim pierwszym pójściem na pielgrzymkę w Jajecznicy. Ot - moja siostra chodziła już w tej grupie i właśnie na początku września wpadła do Niej koleżanka, by jak zwykle zaciągnąć na szlak... Już się dziewuch z radości roztrajkotały, co mnie mocno irytowało, aż nagle koleżanka spojrzawszy na mnie zadała retoryczne pytanie: "a twój brat nie pójdzie ?" Odpowiedź siostry była miażdżąca: "No co Ty, On ?" Ja oczywiście nie miałem ochoty na pędzenie w kurzu przez 10 dni, bo wtedy szło się 10, a nie 9 dni, ale nie będzie przecież baba mnie palcami wytykała, więc wpadłem słowo: "Oczywiście, że pójdę". Z obietnicy się nie wycofałem i tak zaczęła się moja przygoda z Jajecznicą, która nieprzerwanie od 16 lat trwa aż do dzisiaj.
Wyruszyłem po raz pierwszy na szlak w 1985 roku. Czasy były ciężkie, bo komunistyczny okupant wsadzał nam jak rodzynki w zakalec tajniaków w grupę. Tajniaków było zwykle koło pięciu i pierwszego dnia wszyscy wiedzieli którzy to... tylko pięć osób w grupie nie wiedziało, zgadnijcie kto... 8-))) Każdy z tajniaków miał wyższą rangę, żeby się nie dać zdekonspirować i żeby choć wiedzieć jak się przeżegnać i kiedy klękać na mszach. Pamiętam, że jak byłem młody, to strasznie mnie irytowało, że ludzie na mszach nie czekają na sygnał dzwonkiem, tylko klękają przed czasem. I na jednej mszy, kiedy już wszyscy walnęli się pokotem na kolana ja stałem twardo dalej aż zadzwonią. Nagle czuję, że ktoś mnie ciągnie za nogawkę, bym klękał. Oglądam się, i... widzę naszego brata tajniaka. Od tamtej pory miałem u niego chody - widocznie myślał, że skoro nie wiem kiedy klękać to też szedłem z rozkazu...
Naszym historycznym Przewodnikiem był ks. Andrzej Zarzycki SJ vel Słoń. W ogóle grupa była Jezuicka i wyruszała w przeciwieństwie do innych nie ze św. Anny, tylko od Matki Boskiej Łaskawej - Patronki Warszawy z pobliskiej Starówki. Było to dla nas pielgrzymów pewnym znakiem: oto ruszamy z maryjnej delegatury na Warszawę do maryjnej delegatury na Kraj, czyli na Jasną Górę. Jezuici byli wspaniali. Pamiętam, że rano przymrozki spadały poniżej zera i strach był głowę ze śpiwora wystawić, a tu Słoń w krótkich spodenkach i w bawełnianej bluzeczce wyskakiwał z namiotu i dalej nawoływał: "Moja kochana żółto-biało-żółta wstawamy!" Odliczało się wtedy do dziesięciu, a następnie rozpoczynał się dziki taniec w którym raz udawało się wrzucić na siebie sweter przed zamarznięciem, a raz - nie. Po godzinie wstawało słońce i trzeba było z siebie te warstwy ochronne po kolej zrzucać.
Pierwszy raz porządkowym zostałem na mojej trzeciej pielgrzymce, czyli w 1987 roku. Robota nie była już taka ciężka jak wcześniej, bo szła polityczna odwilż i tajniaków było jakby mniej i w ogóle byli mniej aktywni. Wcześniej, w 1985 czy 1986 r., w niedzielę, Ubecja zrobiła dla chłopów z pobliskiej wsi suto zakrapianą imprezę. Potem napuszczali pijanych chłopów, żeby bili pielgrzymów tak, że porządkowi musieli chodzić całą noc z kijami po trzy osoby i bronić noclegu. Sam zostałem przepytany przez taką grupę porządkowych, którzy puścili mnie dopiero jak zobaczyli znaczek pielgrzymkowy. Jak zostałem porządkowym, to oczywiście zanim się nauczyłem machać rękami prawie nie spowodowałem wypadku. No, może dwóch... Największe problemy miałem zawsze z dziewczętami w ogonie. Nijak nie dało rady ich podciągnąć. Jednym sposobem, zapożyczonym z resztą z grupy amarantowej, było branie niewiasty za rękę i takie zagadywanie, by zapomniała o zmęczeniu i sama dołączyła do grupy. Poganianie nic nie dawało. Porządkowym przestałem być dopiero za kadencji ks. Jacka Mikulskiego.
Ciąg dalszy być może nastąpi...

Jedną z najbardziej znanych postaci w Jajecznicy jest odwieczny przewodnik grup 17-tych brat Skarpeta zwany też przez niektórych bratem Tadeuszem. Skąd się wzięła ta ksywa - Skarpeta już najstarsi górale nie pamiętają. Jedni powiadają, że dlatego, że na początku, kiedy Bóg stworzył Adama i Ewę, żeby szli w Jajecznicy w 17-tkach, brat Tadeusz jeździł syrenką, czyli skarpetą. Inni bają, że brat Tadeusz potrafił tak przejść całą trasę, że jego skarpetki zawsze pozostawały białe. Co by nie mówić Brat Skarpeta jest jedną z najbardziej zaawansowanych w pielgrzymowaniu osób. Pamiętam jak dnia pewnego, w samym środku pielgrzymki Brat Skarpeta wizytując grupę opowiadał o historii terenów przez które przechodziliśmy. Była tam taka mała kapliczka, i właśnie do niej nawiązując brat Skarpeta wspomniał postać majora Hubala, który walczył na tym terenie i na tym terenie zginął. "Ponieważ nikt nie zna miejsca pochówku ciała Hubala, w symbolicznym gronie pochowano zwłoki Jego konia - mówił brat Skarpeta - zmówmy więc w tym miejscu Ojcze Nasz za Jego duszę". Grupa do samego końca nie wiedziała, czyśmy się modlili za duszę Hubala, czy Jego konia...
W okresie komunistycznej okupacji Kościół zawsze dawał schronienie wszelkim działaczom podziemnej "Solidarności" - był po prostu przestrzenią wolności, chyba jedyną w tamtych czasach. Nic więc dziwnego, że w pielgrzymce szło zawsze wielu działaczy, a politykę robiło się na porządku dziennym. Nikogo to wtedy nie dziwiło. Ludzi łączył wspólny duch - każdy wiedział gdzie jest fałsz a gdzie jest prawda, i co w dzisiejszych czasach nie pojęte, wszyscy myśleli tak samo. Dyskusje się zdarzały, nawet burzliwe, ale ludzkiej solidarności nic nie było w stanie zniszczyć. To musiał być dar z góry. Pamiętam przyśpiewki góralskie jakie nam w drodze towarzyszyły: Czyj to łeb koło jałowca, czy to baran, czy to owca, ani baran, ani owca, jeno wredny łeb... Kowalskiego!". Wszyscy dobrze wiedzieli, że do rymu powinno być: "Zomowca". Inna piosenka nawiązywała do Stanu Wojennego: "Choćbyś Wojtuś wszystkie wojska wyrychtował, choćbyś szytkich jurnych chłopów internował, Solidarność nie zginie w górolskiej dziedzinie, nie ty będzies nam górolom harnasiował!" Takie to były czasy...
Jak już wspominałem pielgrzymka była w latach komunizmu jedną z niewielu przestrzeni wolności. Tu robiło się politykę, tu się wymieniało poglądy. Ż-B-Ż, czyli Jajecznica związany był z KIKiem, czyli Klubem Inteligencji Katolickiej. Chodziły wtedy takie żarty, że inteligencja dzieli się na wrodzoną i katolicką. Opowiadali ten dowcip... członkowie KIKu (podobnie jak z dowcipów o ZOMOwcach śmiali się głównie... ZOMOwcy). Miejscem debat był nieśmiertelny OGON! Tu, z daleka od gwaru tub, pod czujnym okiem poganiających porządkowych debatowano o sposobach pomocy Polsce. Iluż to późniejszych aktywnych polityków i działaczy społecznych wychowały ogony! Ponieważ grupa liczyła kiedyś... !!! UWAGA !!! - ok. 1000 osób, ogon w swych najlepszych czasach liczył czasami do 5 km! To wyjaśnia czemu w naszej grupie zawsze musiało być przynajmniej 10 porządkowych jak nie więcej. Liczba porządkowych drastycznie zwiększała się ostatniego dnia przy wchodzeniu do Częstochowy. Istniała wśród ówczesnych władz taka dziwna tendencja do wyrywania z grupy co ciekawszych działaczy i wsadzania ich do pierdla. Odbywało się to tak, że spośród witających nas w Częstochowie dzikich tłumów (nie to co teraz) wysuwały się sprawne rączki ZOMOwców i na chama wyciągały ludzi z grupy w ułamek sekundy wsadzając ich do "suki" (to taka buda na kółkach). Po skończonej pielgrzymce Słoń musiał odbywać rajd po Częstochowskich "dołkach", by wyciągnąć naszych z pierdla.

Pragnę zgromadzonej tłumnie młodzieży pielgrzymkowej przypomnieć, że kontakty jajek z buraczkami (bo tak kiedyś nazywaliśmy amaranty) układały
się bardzo przyjacielsko, a ten nowożytny trend, by potykać się słownie z bliźniaczą grupą narodził się w sumie dość niedawno i nie należy chyba do
najbardziej chwalebnych kart z historii Grupy, choć zapewne kształtuje osobowość i charakter jej człownków na przełomie tysiącleci (ufff, ale
długie zdanie). Pewnie większość z Was tego nie wie, ale istaniały plany połączenia obu grup, co w efekcie dałoby jajecznicę z buraczkami, czyli
żółto-biało-amarantową. Plany jednak spełzły na niczym, bo powstawały w kuluarach i zaciszach ogonów, a gmin i tak zrobił swoje, bo wybrał
chodzenie w dwóch oddzielnych i to w dodatku konkurencyjnych grupach. Przyjaźń pomiędzy grupami owocowała np. współnym spędzaniem jakiegoś etapu, gdzie
połączone siły obu grup (muzyka - amaranty, entuzjajm - jajecznica) dawało piorunujące efekty! Co więcej, w sytuacjach kryzysowych spieszyliśmy sobie
na pomoc: nasi pożądkowi nie dawali sobie rady z ogonami, co również przytrafiło się braciom burakom. Od słowa do słowa zgadaliśmy się, że my zlikwidujemy ich ogony a oni nasze. W Zastosowana przez nas terapia szokowa sprawdziła się wobec rozleniwionych amarantów w 100% - ogon znikł od razu. Wtedy też poznaliśmy inną technikę podciągania, której zawżdy ż-b-ż nie znała: otóż wystarczyło wziąć pod rękę opadającą z sił siostrę, zagaić miłym słowem a stawał się cud - siostrzyczka nawet nie zauważyła jak podciągała do grupy. Dopiero chłód kabelka w ręku budził ją z tego błogiego stanu - kabel w takiej sytuacji gwarantował, że niewiasta nie "spadnie" znowu po zastosowanej terapii na koniec grupy. Jak się to realizowało w praktyce możecie wszyscy obejżeć na fotkach na jajczenicowej www.
Duchowość Jajecznicy sprzed dwudziestu lat różniła się zasadniczo od tej obecnej. Teraz "przez łąki, po ulicach maszeruje Jajecznica rozśpiewana, rozchachana...". Niegdyś Jajecznica była nie tyle rozśpiewana co rozgadana. Inne grupy można była z daleka usłyszeć, natomiast Jajecznicę z daleka można było... zobaczyć, bo jej kilometrowy ogon, w którym odbywały się pogaduchy, był chyba jedynym obiektem (oprócz Muru Chińskiego), jaki dawało się zobaczyć gołym okiem z satelity ;-). Powitanie na Alejach NMP przypominało raczej manifestację patriotyczną niż obecny show. Czasy się widać zmieniają: o ile kiedyś wiara wiązała się z walką o niepodległość, o tyle teraz wiąże się z dawaniem świadectwa przywiązania i radości z relacji z Jezusem.
Na duchowość grupy składało się nie tylko to, co pielgrzymi robili na trasie, ale też to, co pielgrzymi robili na noclegach... Dziś na noclegu w grupie brzęczy jak w ulu i każdy krząta się: a to przy myciu, a to przy kolacji... Dawniej pielgrzymi zwykli byli udawać się na samotne rozmowy z Panem Bogiem hen, gdzieś w pola... I tak o zachodzie słońca, pod snopkiem można było natknąć się na samotnego "brata" czy "siostrę", którzy w kontemplacji przyrody i ciszy wieczoru prowadzili długie dysputy ze swoim Stwórcą nie używając przy tym odtwarzacza MP3. Zwyczaj chodzenia w pole na indywiualne rozmowy z Bogiem zamarł chyba w momencie wprowadzenia restrykcji co do przebywania poza polem namiotowym w godzinach wieczornych... 
Restrykcje te z resztą nie były, o ile pamiętam, rodzimym pomysłem WPP. Przywędrowały z WAPM - pielgrzymki córki, która miała od początku nieco inny charakter niż WPP. O ile WPP od prawie 300 lat szła dlatego, że ludzie w niej szli, o tyle WAPM a wcześniej WAPD, była pielgrzymką mocno zorganizowaną, a przez to i świetnie zaopatrzoną ale i o zaostrzonym rygorze. Tam porządku pilnowały tzw. GS-y (specjalne grupy porządkowych zwane przez zwykłych porządkowych "Grupami Śpiącymi"), po 22:00 naprawdę przestrzegano ciszy nocnej, a o koedukacyjnych stodołach wogóle nie było mowy... Dziś rygor na WPP znowu jakby zmalał do poziomu tak krótkiego jak długość spodenek niektórych braci, a Regulamin egzekwowany jest w tak wąskim zakresie jak ramiączka bluzeczek niektórych sióstr.
Jeszcze inne duchowe novum, jakie pojawiło się laty ostatnimi w Jajecznicy dotyczy... pokoleń. Otóż tradycyjnie pokolenia Jajecznicowe odwoływały się do pokoleń Izraela, dlatego pokoleń było dwanaście (po 50-60 osób na pokolenie). Tak więc było pokolenie Judy, pokolenie Beniamina, etc. Dziś pokolenia AD 2005 powołują na swoich patronów świętych nowotestamentowych, np. św. Tomasza. Wraz ze spadkiem liczebności grupy zmniejszyła się i liczba pokoleń, choć chwała Bogu, że wogóle one przetrwały! Gdy grupa liczyła ok. 800 osób powstanie pokoleń było niezbędne, by pielgrzym nie zatracił się w tłumie... dziś pokolenia pełnią raczej rolę integrującą podtrzymując bardzo dobry zwyczaj wspólnego stołu, który wcale nie jest aż tak bardzo popularny w innych grupach czy pielgrzymkach.
Przypomniał mi się rok '85 kiedy poszedłem po raz pierwszy na Pielgrzymkę. Wtedy 17-tki prowadzone były jeszcze przez jezuitów. Naszą grupę prowadził ojciec o dźwięcznej ksyfie Słoń. Był to jeden z najgenialniejszych duchownych jakich Dobry Bóg postawił na drodze mego życia. Ta pielgrzymka jakoś spasowała się w czasie z moim osobistym nawróceniem, o którym pisałem już w innym wątku. Tak więc wyruszyłem na Pielgrzymkę z duszą na ramieniu i z workiem pełnym grzechów na plecach... Minęło kilka dni a mnie te grzechy coraz bardziej dokuczały w drodze... a to jeden spadł z serca pod nogi tak, że się potknąłem, a to drugi wyzierał z worka szczerząc swe zębiska do braci i sióstr, a to kolejny czując, że czas jego nadchodzi miotał się po moim wnętrzu jak wąż w swym gnieździe na dźwięk kroków wężojada... No i to ciśnienie wewnętrzne tak bardzo mi nie dawało żyć, że wreszcie odważyłem się "dorwać" Słonia na końcu grupy, by wyspowiadać się z tych kilku lat życia...
Idę więc koło Niego, ale głupio mi strasznie bo dotychczas to się człowiek chował za kratki konfesjonału i w oczy kapłana patrzyć nie musiał, a tu takie spotkanie face 2 face... A bo co On se o mnie pomyśli... no żebym ja miał jakieś tam, niewinne grzeszki, w sumie nie ma o czym mówić, takie sprzed trzech dni, świerze jeszcze... Ale moje grzechy były już mocno przeterminowane, spuchnięte, wypasione, i świetnie się we mnie czujące... A poza tym no jak to tak spowiadać się na wiatr... jeszcze kto usłyszy i też se pomyśli... To, że spowiedź była w marszu nawet mi pasowało, bo to nerwowe przebieranie nóżkami w konfesjonale już nie musiało odbywać się w powietrzu, lecz napędzało samo z siebie mój korpus tak, że nawet musiałem świadomie w trakcie spowiedzi zwalniać.... 
No i zaczęła się spowiedź... Żeby jakoś ogarnąć ten mój wewnętrzny shadowland pozbierałem swoje grzechy grupami, według przykazań. To pozwoliło skrócić spowiedź tylko do dwóch etapów, czy ok. 4 godzin. Szczegółów tu wypisywać nie będę, napiszę tylko, że czułem się na prawdę wysłuchany, zrozumiany i akceptowany. Czułem, że ten kapłan jest rzeczywiście tu po to, by mnie podnieść z tego bagna, by polać mnie szlaufem Bożego Miłosierdzia i by na końcu wypuścić świerzym i pachnącym do nowego dla mnie życia. I tak się stało.
Na koniec oczekiwałem zadośćuczynienia... i usłyszałem: podziękuj Matce Bożej jednym "Pod Twoją obronę". Autentycznie mnie wcięło... No jak to tak, ja tu sobie w najlepsze grzeszę a tu jakaś marna jedna modlitewka? Poczułem jakąś olbrzymią dysproporcję między miarą moich grzechów a zadośćuczynieniem jakie wyznaczył mi Jezus poprzez zastępującego Go kapłana. I nagle poczułem, że tę różnicę między wagą grzechów a lekkością modlitwy wyrównuje Boże Miłosierdzie. Że całą resztę Jezus już dawno wziął na siebie tam na Golgocie. Że jest On prawdziwym przyjacielem, który potrafił za mnie swoje życie oddać. To był moment, gdzy zaczęło się moje nowe życie... już nie samemu, ale z Przyjacielem.
Kiedy Słoń udzielił rozgrzeszenia pobiegłem... nie, poleciałem przed siebie... Pamiętam tę niesamowitą lekkość wewnątrz... jakbym miał skrzydła... nie czułem zmęczenia, nie czułem piasku w zębach, nie bolały mnie bomble na nogach... Ja frunąłem w stronę słońca niesiony na skrzydłach Łaski, jaką mnie obdarzono przed chwilą... Chciałem śpiewać... Chciałem ściskać wszystkich dokoła... Chciałem tańczyć w promieniach Dnia... Brać plecaki zmęczonym... podstawiać kubek wody spragnionym.... dźwigać tuby... (a wtedy to nie były takie lekuchne jak teraz... )
Było jeszcze potem wiele moich spowiedzi u Słonia i były one zawsze głębokie, takie do dna. Ale to uczucie lekkości piórka jakby ze skrzydełka Bożej Gołębicy chyba już nigdy do mnie nie wróci... chyba, że w momencie gdy dusza ma wyrwie się z ciała i rzuci się w objęcia Przyjaciela.
Rok 1991? Moja siódma pielgrzymka... No tak... to se ne wrati...
Pamiętam jak nasz przewodnik x. Piotr Nowicki zabawiał wtedy grupę Ukraińską, która jakoś się tak do Jajecznicy przykleiła, że trudno ich było potem oddzielać, choć mieli własny kolor: niebiesko-żółty. Jak przejeżdzał PKS to wołał przez mikrofon: "nu, machniom rukawaditjelu etoj awtomaszyny". Braciom ze wschodu najlepiej się kojarzyło to: "nu, machniom" Rosjanie z resztą też wtedy z nami szli... a Rosjanki! Pamiętam Je jak dziś: dwie siostry Uwarowe Ol'ga i Julia... Potem nawet pisaliśmy do siebie listy, ale jakoś kontakt się urwał... Szkoda. 
Pamiętam też nocleg pod namiotem gdzieś na obrzerzach Częstochowy. A potem następny w skuleniu pod drzewem w Jasnogórskim parku... I te bębny całą nac... Jak u Tolkiena: drums, drums from the deep... I te dzikie, mantryczne tańce z ludźmi z całego świata... A potem znowu kimanko przez pół godzinki pod drzewem... I znowu taniec na rozgrzanie...
A następnego dnia wspięliśmy się z bratem Marcinem (drugim porządkowym) na dach kamienicy na rogu ulicy, bo łatwiej było przejść po dachu niż po ulicy, gdzie ścisk był niemiłosierny. Miejscówkę mieliśmy świetną koło komina, ale diabli nadali Policję, która nas sciągnęła na dół... Może i dobrze, bo mogliśmy uczestniczyć w "Meksykańskiej fali" ulicami Częstochowy. Fala biegała raz z prawa na lewo a raz z przodu w tył, a że siedzieliśmy na skrzyżowaniu, to mieliśmy podwójną zabawę...
I pamiętam potem wypadek na stacji... Wciągnęło mężczyznę pod koła, a ja, gówniaż w końcu jeszcze, roztoczyłem opiekę nad 11 osobową ekipą nastolatek.... I przesiedzieliśmy później kilka godzin na innym peronie, by otrząsnął się z przerażenia... Włoch, który nam towarzyszył (i podrywał ciągle te nastolaty). Powtarzał tylko: "santa Madonna" i "mamma mia" i że to znak, że nam się coś złego przydarzy podczas powrotu do Warszawy... Pamiętam, że nazywaliśmy go "boski Antonio", bo na imię miał właśnie Antonio.
A na koniec, już w Warszawie, przyczepił się do nas jakiś odziany w skórę satanista z ekipą. Staliśmy na przystanku, a on z włączonym sprzętem na maksa, z którego lały się w naszą stronę jakieś przeraźliwe dźwięki, podszedł i zaczął zaczepiać. Jak wzięliśmy go na gadkę, to przyznał, że został satanistą po tym, jak umarło mu dziecko. Była wtedy wśród nas dziewczyna, której niedawno zmarł ojciec, i w momencie, gdy mi już brakło argumentów do rozmowy, Ona się po prostu rozpłakała i powiedziała, że też straciła bliską osobę, ale nie rozrzewnia się nad sobą z tego powodu jak ten dorosły facet w skórze ze sprzętem przy uchu... Facet nabrał więc do nas respektu. I tak z pielgrzymkowego nieba trafiliśmy od razu... na ziemię.
Z moich szczątkowych amarantowych wspomnień, to pamiętam tylko jak poszliśmy z kolegą Marcinem, nie wiem czy o Nim wspominałem, późną wieczorową porą na ognisko do amarantów. To było w takiej dłuuuuugiej wsi - bodajże nocleg za Nowym Miastem (żarcie), Różanną (brak wody) i Pustelnią Marii Magdaleny (na wzgórzu po lewej). Wieś była taka długa, że jak rano trzeba było się zebrać by wyruszyć do Sanktuarium Świętej Rodziny, to początek był już w Studziannej, a ogony dopiero wstawały z sianka... No więc w tejże wsi, pamiętnego wieczora wybrałem się z kolegą Marcinem, nie wiem czy o nim wspominałem, na ognisko do amarantów. W owym czasie wyszło rozporządzenie Przewodnika naszej grupy czyniące z nas obu porządkowymi, co w tej historii nie jest bez znaczenia... Byliśmy już co prawda mocno spóźnieni, ale cóż - służba nie drużba i braterski obowiązek nawiedzenia siostry amarantowej trzeba było wykonać. Podchodzimy zatem w ciemnościach nocy pod obozowisko atramentów, a tu... ognisko wygaszone, siostry rozpierzchły się po namiotach, bracia... no ale nas bracia nie interesowali... została tylko jakaś frapująca grupka stojąca dookoła żażącego się paleniska. Aha - myślę sobie - dziady jakieś... Nie, no, że dziady tam stały, nawet wprost przeciwnie - chłopy młode a przaśne, tylko, że zgromadzenie jakieś tajne, amarantowe, dziady starolitewskie odprawia. Myslę se - fajnie, ducha jakiego zwidzim. Podpełzamy z kolegą Marcinem, nie wiem czy o nim nie wspominałem, bliżej do tej watry i baczymy a ucha nadstawiamy, bo aura jakaś tajemna nad tym zgromadzeniem wisi i ciężar odpowiedzialności na karku każdego mocno spoczywa. Znaczy się - coś ważnego się dzieje. I wtedy zabrzmiał On - Wódz zgromadzenia: "Wiem, że dzisiaj ciężko było na piachach i ludzie są zmęczeni. Wiem, że się staracie, żeby ogonów nie było. Ale jutro, nie obchodzi mnie jak to zrobicie, ma ogonów nie być! Zrozumiano? Grupa wychodzi z noclego zwartą kolumną!". Straszne te słowa ciszę w powietrzu zmroziły a każden jeden porządkowy, bo jak się domyśliliśmy musiała to jakaś odprawa porządkowych być, no więc każden jeden porządkowy głowę na piersi zwiesił, mętny wzrok w podłoże wbił, czym najwyższy szacunek dla słów Wodza był wyraził. Natenczas myśmy z kolegą Marcinem, chyba już o nim wspominałem, nie pozostając chwili dłużej w tym obozie zagłady, w duchu dziękczynienie Bogu za bycie Jajkiem czyniąc, pośpiesznie zrejterowaliśmy na z góry upatrzone pozycje w naszej chichej, przytulnej, Jejecznicowej stodole.
A propos Pielgrzymki 1991 roku... Kiedy już z kolegą Marcinem zainstalowaliśmy się na dachu jednej z kamienic, żeby nie siedzieć w tłumie jak śledzie w beczce i mieć piękny widok na Częstochowę i telebimy, które stały na każdym rogu, jeden z nas, niepamiętam który, nagle poczuł się głodny... Zwrócił się tedy tenże pielgrzym do brata Marcina i powiedział mu: daj mi jeść. Wtedy Marcin sięgnął w przepastne zasoby swojego plecaka i wyciągnął zgrabną, metalową, cylindryczną, cętkowaną, krętą jak wąż boa, robioną sądząc po wadze ze stali z przedniego opancerzenia radzieckiego czołgu puszkę z czymśtam. Oczywiście jak to w Jajecznicy jeden nosi puszkę a drugi otwieracz, więc brat Marcin nie miał wyjścia i musiał mi jakoś rzeczoną puszkę przekazać, a że akurat, nie wiedzieć czemu, stał z otwartym i gibiącym sie plecakiem postanowił ją do mnie wysłać "par avion". Natężył się, ściągnął w sobie.... i włożył w puszkę cały zapas ducha... i rzucił. Puszka, niepowiem, doleciała do mnie... na wet szybko... powiedziałbym nawet, że ze średnią prędkością rakiety SS20, mijając mnie pomachała do kamery nr 2... i poleciała dalej. Spadła kilka metrów za mną na dach, który wbrew wszelkim oczekiwaniom był spadzisty a nie płaski. Z wrodzoną sobie nostalgią zaczęła toczyć się powoli w kierunku brzegu... Na nic wysiłki moje czy współtowarzyszących nam sióstr... Puszka jak Małysz odbiła się od progu i poszybowała w dół... Jak przypomnę ten dół to był rój ludzkich głów zapełniających ulicę na dole (patrz mój post wyżej). Staliśmy zamarli oczekując na dźwięk uderzenia, potem wrzasku a potem jadącej karetki do kostnicy... Ale było cicho... wszystkim się zdawało, że w dali coś kwili... a to coś piszczało. Był to kot czarny pełen wielkości i mocy, pojawił się na wschodzie, zmierzał ku północy. Nikt na niego nie zwrócił uwagi bo mieliśmy przecież mysli zaprzątnięte puszką i kostnicą, tak że zniknął po chwili za rogiem tak jak teraz z tej opowieści... Oczekiwanie nasze na syrenę alarmową nie pozostało jednak bez odzewu - chwilę jakąś na dole coś zawyło, zaświeciło na czerwono a z megafonu odezwał się głos: Oto jest dowódca nasz ukochany - jego słuchajcie. Dowódca policji (bo wtedy już chyba weszła ustawa zmieniająca milicję na policję) zwrócił się do nas w kilku żołnierskich słowach, że albo my zejdziemy na dół albo on z kolegami z prewencji wejdzie po nas na górę. Na tak szczere i przyjacielskie wyznanie nie mieliśmy innej możliwości, więc tylko potulni jak biblijne baranki zeszliśmy w dół oczekując obiecanej nagrody, czyli zakucia w kajdany i zesłanie za puszkę do kazamatów. O dziwo jednak, dowódca nie orientował się zupełnie o co nam chodzi z tą puszką i poprosił grzecznie żebyśmy wypier....ali pomiędzy rozmową z nim na komendzie albo włączeniem się w otaczający nas tłum. Co prawda wizja małego tet'a'tet na komendzie z dowódcą była wielce kusząca, jednak dusza naukowca i badacza wzięła w nas górę, więc podziękowawszy pięknie panu w niebieskim mundurku, uzbroiwszy się w świętą cierpliwość i amazońskie maczety zaczęliśmy torować sobie drogę w kierunku, w którym nastąpiło zniebazstąpienie puszki... I patrzcie, no... mówią, że rzeczy martwe są złośliwe, co pewnie tyczy się teściowych za życia i po, ale kompletnie nie miało nic wspólnego z rzeczoną puszką. Otóż spoczywała ona sobie grzecznie w... obniżeniu okna z sutereny... To był jedyny fragment chodnika, który ze względu na niższy poziom nie był obstawiony przez żadnego z pielgrzymów. Puszka co prawda nie nadawała się już do otwarcia, bo zrobił to za nas bruk (w końcu nie na darmo kamienica miała ok. 4 pięter), ale na wszelki wypadek usunęliśmy ją jako dowód niedoszłej zbrodni... Tak więc powoli zmierzając do puenty, moje kochane dziatki, Bóg i Jego Wielka Opatrzność nad nami istnieje! 
W dawnych czasach, gdy hordy z północy pod przewodnictwem Tomkalusa Wspaniałego nie zasilały jeszcze Jajecznej kompanii a Laski spod Warszawy nie miały jeszcze dredów na głowie, przez tuby w uszy spragnionych lekkiej świecczyzny pielgrzymkowiczów sączyły się niezapomniane audycje Tuboexpressu. Głównym daniem rego zestawu były najświerzsze wiadomości, dlatego też Tuboexpress nadawany był w godzinach popołudniowych, co nie dość, że pozwalało na zebranie wystarczająco interesującego materiału dla newsroomu, to jeszcze pobudzało Pielgrzymów do dania z siebie wszystkiego na ostatnim etapie. Wiadomości tubowe ogarniały swą tematyką każdy przejaw aktywności pielgrzymiej od prelekcji samego Brata Skarpety począwszy na narodzinach kolejnego bombla na stopie Siostry Zosieńki skończywszy. Był też tzw. "mikrofon dla brata i siostry" czyli rodzaj eterycznego hyde-parku, w którym każdy kto chciał mógł głos zabrać. Wywiązywały się z tego często potyczki słowne lub szersze dyskusje, co dodatkowo ożywiało strudzonych pielgrzymów. Do standardu należała też część, a jakże, artystyczna. Jak nie pioseneczka, to jakiś swawolny, naprędce spłodzony wierszyk... Jak nie wierszyk to bajeczka dla niegrzecznych dzieci, etc. Osią, na której oparto całą konstrukcję Tuboexpressu były dialogi dwojga zwykle w sposób naturalny dobranych pielgrzymów. zazwyczaj trafiało się tak, że jeden był gruby i mały a drugi chudy i wysoki... Gadane mieli obaj a ich dialogi groziły zejściem ze skutkiem śmiertelnym ze względu na niewydolność przepony, która od ciągłego śmiechu bolała wielokroć bardziej niż nogi.
Za moich czasów czyli będzie z jakieś 20 lat wstecz Jajczenica liczyła... 1000 osób! Ogon liczył 5 km. a porządkowych musiało być min. 30, żeby się na zakrętach widzieli (czyli, że Jajczenica zajmowała pas ruchu długości 30 zakrętów). Z Jajecznicy narodziło się wiele nowych pielgrzymek. Tu chodził m.in. x. Szpak, który teraz prowadzi Pielgrzymkę Różnych Dróg skupiająca wokół siebie punków, skinów, narkomanów, ludzi zagubionych, przydrożnych pijaków, etc. W cale się nie dziwię, bo Jajecznica zwykle byłą najbardziej niezsubordynowaną grupą w 17-tkach tak, że zwykle szła na końcu (jakby szła w środku, to początek Pielgrzymki wchodził by na nocleg a koniec jeszcze nie wstał z pierwszego odpoczynku . Pamiętam jak pewnego poranka była taka mgła, że się zgubiłem i... poszedłem z zupełnie innym kolorem. I w pewnym momencie z odległości widzę grupy pielgrzymkowe.... Oczywiście z 5 km nie widać co to za kolor, a biec do przodu by do nich dołączyć i sprawdzić czy to nie Jajczenica mi się nie chciało. I widzę: idzie jedna grupa... idzie druga... trzecia... czwarta... piąąąąąąąąąąąąąąą ąąąą ą ą.................... i wiedziałem, że to na pewno Jajczenica . Po czym można było wtedy jajczenicę poznać? Po OGONIE . Dałem w długą i dopędziłem... środek grupy .
Teraz charakter grupy się zmienił i to fajnie... Cieszę się, że Jajczenica nie zginęła.